Wspomnienia Jana Felicjana...

Spis treści:

Prolog

  1. Rozdział I - Lata szczenięce
    1. Narodziny
    2. U fotografa
    3. Dom rodzinny
  2. Rozdział II - Przedszkole
    1. Dzień pierwszy
    2. Dzień drugi
    3. Dzień trzeci - ostatni
  3. Rozdział III - Szkoła podstawowa
    1. Nadeszło nieuniknione
    2. Paciorkowiec zieleniejący czyli Streptococcus viridans
    3. Moja pierwsza i ostatnia komunia święta
    4. Husaria a sprawa polska
    5. Szczepienie przeciwko chorobie Heinego-Medina - moja walka...
    6. Polowanie na perliczki...
    7. Wakacje - jak przetrwać

 

Prolog

 

Jan F. KurkiewiczJa, Jan, syn Jana i jego żony Marii, piszę te słowa. Nie po to, by wielbić Autorytety w krainie IV/III RP, gdyż już dość mam Autorytetów. Nie po to, by wielbić przywódców partyjnych, gdyż dość już mam ich wielkich czynów. Piszę to tylko dla siebie samego. Nie, by pochlebiać Autorytetom, nie, by pochlebiać purpuratom, i nie z lęku ani też z nadziei na przyszłość. Gdyż za życia doznałem i postradałem tak wiele, że nie dręczy mnie już czczy lęk, a nadzieją na nieśmiertelność jestem znużony, tak jak znużony jestem Autorytetami i zmutowanymi Styropianami zrzeszonymi w Instytucie Prawdy Nieprawdziwej. Tylko dla siebie samego piszę te słowa i w tym różnię się, jak sądzę, od wszystkich innych pisarzy, zarówno w czasach minionych jak i w przyszłości.

Ja, Jan, syn Jana, w dniach starości i rozczarowania mam już jednak dość kłamstwa. Dlatego piszę tylko dla siebie samego i tylko to, co widziałem własnymi oczyma lub też zasłyszawszy wiem, że jest prawdą. I w tym różnię się od wszystkich, którzy żyli przede mną, i od wszystkich, którzy będą żyć po mnie. Gdyż człowiek, który pisze słowa na papirusie, a jeszcze bardziej taki, który każe ryć swoje imię i swoje czyny w kamieniu lub każe się pochować na Wawelu, żyje z nadzieją, że słowa jego będą czytane, że potomni będą je czytać i wielbić jego czyny i jego mądrość. Lecz w moich słowach niewiele można znaleźć chwalby, ani też czyny moje nie są warte uwielbienia, a mądrość jest jak cierń w mojej piersi i nie daje mi żadnej radości. Słów moich dzieci nie będą pisać na swoich tabletach, by ćwiczyć się w sztuce pisania. Moich słów ludzie nie będą powtarzać, aby dzięki mojej mądrości uchodzić za mądrych. Nie, pisząc to wyrzekam się wszelkiej nadziei, że kiedyś ktoś mnie będzie czytać i rozumieć.

Gdyż człowiek w swej złości jest okrutniejszy i nawet bardziej zatwardziały niż członkowie organizacji globalistycznej z Bilderbergu. Jego serce jest twardsze niż kamień, ba, twardsze jest nawet niż serce lichwiarza z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Jego próżność jest lżejsza niż pył. Zanurz go w wodzie, a gdy odzież jego wyschnie, będzie taki sam jak przedtem. Pogrąż go w trosce i rozczarowaniu, a gdy się znów podniesie, będzie taki sam jak przedtem. Wiele zmian widziałem ja, Jan, za moich dni, ale wszystko jest znowu tak jak dawniej, a człowiek się nie zmienił. Są wprawdzie tacy, którzy mówią, że to, co się dzieje, nie działo się nigdy przedtem, ale to tylko puste słowa.

Ja, Jan, widziałem, jak robotnicy niszczyli bezmyślnie swoje miejsca pracy przekazując je za darmo bezdusznym zagranicznym kapitalistom. A oni, ci kapitaliści, drwili i wyśmiewali się z nich. Widziałem, jak biedacy podnieśli bunt przeciw bogaczom, a Autorytety przeciw Autorytetom. Widziałem męża, który przedtem pijał wino w najlepszych restauracjach, jak w nędzy schylał się, by urzędnik 16-tej kategorii z pomocy społecznej, uprzejmie go zauważył. Ci, którzy opływali niegdyś w dobra doczesne i zajmowali wysokie stanowiska w dużych przedsiębiorstwach przemysłowych, stali w kolejce po zupę kuroniówkę, a ich żony sprzedawały się za miedziaki wymalowanym Murzynom, aby kupić chleba dla swoich dzieci i zapłacić czynsz za nędzne mieszkanie w zagrzybionym bloku z wielkiej płyty.

Nic nowego nie wydarzyło się zatem za moich dni, a to, co działo się dawniej, będzie się działo także i w przyszłości. Tak jak człowiek nie zmienił się do dziś, tak też i nie zmieni się jutro. Ci, którzy przyjdą po mnie, będą tacy sami jak ci, którzy żyli przede mną. Jakżeż więc mogliby zrozumieć moją mądrość? I jak mógłbym mieć nadzieję, że będą czytać moje słowa?

Ale ja, Jan, piszę te słowa dla siebie samego, gdyż wiedza zżera mi serce jak ług i cała radość uszła z mojego życia. Piszę to, ponieważ nawet słodkie wino goryczą spływa w me gardło. Bo oto na moich oczach kraina mojego wesołego dzieciństwa, kraina moich przodków, zamienia się pod rządami parweniuszy w dziki step i pustynie, zaś skarbiec jest pusty, a długi przeogromne.  A wszystko to na skutek wyjątkowej korupcji, nieudolności, nieprawdy i wstrętu Autorytetów do pracy i prawdy.

Czegóż jednak innego można oczekiwać od nisko urodzonych nierobów, którzy polecili wymazać imiona królów ze spisu władców i nakazali pisarzom wpisać tam swoich przodków jako szlachetnie urodzonych. Czyż więc nie jest kłamstwem wszystko, co napisano, zarówno dawniej jak dziś?

Tego, który żył prawdą, miałem w pogardzie przez całe jego życie z powodu jego słabości i przejmował mnie zgrozą z powodu zadłużenia, jakie ściągnął na krainę zwaną wówczas PRL w imię swojej prawdy. Dziś spadła na mnie jego zemsta, bo sam chcę żyć prawdą, choć nie dla jego Towarzyszy, lecz dla siebie. Prawda jest jak patroszący nóż, prawda jest jak nieuleczalna rana w ciele człowieka, prawda jest jak ług żrący serce. Dlatego w dniach swej młodości i siły mężczyzna ucieka od prawdy do egipskich domów rozpusty i mami oczy pracą i różnoraką działalnością, podróżami i rozrywkami, władzą i budowaniem. Ale potem przychodzi dzień, gdy prawda przeszywa go jak oszczep i od tej pory nie ma już żadnej radości ze swoich myśli albo z pracy swoich rąk, tylko jest sam. Jest sam pośród ludzi i nawet uznane powszechnie przez gawiedź Autorytety nie dają mu lekarstwa na jego samotność. Piszę to ja, Jan, dobrze wiedząc, że czyny moje były dobre, a ścieżki, którymi kroczyłem, proste, ale wiedząc także dobrze, że nikt nie wyciągnie z tego nauki, nawet gdyby ktoś kiedyś czytał te słowa.

 Toteż piszę to wyłącznie dla siebie samego.

Powyższy tekst jest w 95% plagiatem, tekstem praktycznie niezmienionym, pochodzący z mojej umiłowanej książki "Egipcjanin Sinuhe" autorstwa Mike Waltari. Autor "Egipcjanina Sinuhe" napisał z kolei ten tekst na podstawie starych papirusów egipskich. Jak widać człowiek i jego problemy nie zmienia ją się, pomimo upływu tysięcy lat. Myśli zawarte w powyższym prologu są także moimi przemyśleniami, pod którymi podpisuję się z czystym sumieniem.
 

***

 

Rozdział I - Lata szczenięce

Narodziny

Był (jak się później dowiedziałem) 9 czerwca 1947 roku, nad ranem. Było ciasno, mokro i niezbyt wygodnie, ale nadzwyczaj przytulnie. Mieszkałem tu przecież od zawsze. Panował miły półmrok, zewsząd dobiegały mnie niskie tony. Może nawet byłoby znośnie, gdyby nie fakt, że głowa uwięzła mi pomiędzy jakimiś dwoma twardymi przedmiotami. Nawet nie zauważyłem kiedy się to stało...

Ani chybił musiałem się wtedy ciutkę zdrzemnąć. Nie ukrywam, że lubię to zajęcie do dzisiaj. Na domiar złego, jakaś siła pchała mnie na te przedmioty, aż mi łeb trzeszczał. Po kolejnym silnym pchnięciu i kolejnym trzaśnięciu w mojej biednej głowince, już wiedziałem. Pora się z tego miejsca zabierać. I to szybko... zrobiłem jeszcze małe siusiu i zbierając się w sobie sam wykonałem potężne kopnięcie. A miałem wprawę, bo z nudów często ćwiczyłem tę czynność. I stała się rzecz straszna; z ciepłego, mrocznego pomieszczenia w którym przebywałem od początku świata, wypadłem w coś  przerażająco jasnego, w coś wypełnione żarem i ostrymi  dźwiękami, moja buźka upadła na twarde podłoże... straciłem świadomość.

Jak mi później przekazano, urodził się wtedy niespotykanej urody mały człowieczek, płci męskiej, którego nazwano Jan Felicjan Kurkiewicz... Jednak do dzisiaj nie wiem, czy słusznie uczyniłem wierzgając wtedy niemiłosiernie. A może mógłbym tam jeszcze pozostać... a tak piszę te słowa w Roku Pańskim 2006, mając lat 59 i mając przeświadczenie, że to moje przyjście na świat nie było najlepszym pomysłem...

Na początku był chaos! Jakże wielkiej mądrości musiała być istota, która w tak niezwykle precyzyjny sposób ujęła problem powstawania życia. Dalszych godzin mojego życia nie będę opisywał, ale było ciężko. Los chciał, że znajdowałem się pod opieką świętej pamięci dr nauk medycznych Władysława Lewandowskiego, człowieka wielkiej wiedzy i jeszcze większej cierpliwości. Biedak. Nie wiedział, że będzie naszym lekarzem rodzinnym przez następne dziesięciolecia, a moja skromna osoba dostarczy Mu stresów godnych Jego wiedzy...

Zapomniałem dodać, że urodziłem się w mieście Skarżysko-Kamienna, w nowo oddanej do użytku Izbie Porodowej (tak to się wtedy nazywało) przy ul. Leopolda Staffa, jako jedyne dziecko Jana i Marii Kurkiewiczów. I tak to się zaczęło... na imię otrzymałem Jan (na cześć Ojca) na drugie imię Felicjan (na cześć dnia w którym się urodziłem) a tak naprawdę to nazywali mnie... Pimpuś. Cóż za okropność!

 

U fotografa

Rodzice byli niezmiernie radzi z mojego istnienia i bardzo się o mnie troszczyli, pomimo skromnych środków jakimi dysponowali. Urodziłem się przecież 2 lata po formalnym zakończeniu wojny. Moi Rodzice nie należeli do entuzjastów nowego ładu społecznego, co ewidentnie odbijało się na sytuacji ekonomicznej i społecznej naszej rodziny. Ja zaś, w podzięce za Ich bezgraniczne oddanie i poświęcenie, odpłacałem się jak mogłem; chorowałem namiętnie i przewlekle na coraz to bardziej wyszukane choroby, sprawdzając tym samym wiedzę dr Władysława, oraz wytrzymałość psychiczną moich Rodziców. W pierwszych miesiącach życia specjalizowałem się w obustronnym zapaleniu płuc, jako że od niemowlęcia byłem człekiem wielce ambitnym.

Dzisiaj to bym tak nie podskakiwał, nie ma głupich, ambicje miałbym schowane głęboko w pieluchę; współczesny lekarz tzw. pierwszego kontaktu, uśmiercił by mnie z całą pewnością już podczas pierwszego kontaktu. Przecież dysponuje przeogromnym arsenałem nowoczesnych leków, a gdyby sam nie poradził zawsze mógłbym  trafić do szpitala w którym pracują źle opłacani, sfrustrowani lekarze. Doktor Władysław Lewandowski przesiedział długie noce przy moim łóżeczku, odganiając złe moce pragnące zawładnąć moją duszyczką. Nie zauważyłem też, aby kiedykolwiek ogłosił pogotowie strajkowe... Takie to były dziwne czasy...

Tak dobrnąłem do około 2-go roku życia, kiedy to postanowiono oddać mnie w ręce zawodowego fotografa, celem utrwalenia mojej niespotykanej urody dla potomnych, jako że nikt już nie pokładał we mnie jakiejkolwiek nadziei na dalszą egzystencję. Fotograf był stary (jak na mój wiek) i zamiast oddychać okropnie gwizdał (ponoć to astma) i zdecydowanie nie należał do moich fanów. Poniżej kilka fotografii z tego okresu pokazują dobitnie, jak zły fotograf może zrobić potworka nawet z najprzystojniejszego mężczyzny... A Rodzice cała drogę wychwalali pod niebiosa umiejętności tego Pana. Widać słabo się znali na rzeczy... Podczas tej sesji zdjęciowej z udziałem moich ukochanych Rodziców, bardzo uważnie obserwowałem działania jakie wykonywał tenże fotograf.  Nie miałem do niego za grosz zaufania, a poza tym, tak mówiąc prawdę, trochę się bałem tego jego gwizdo-sapania, a i ta wielka skrzynia patrząca na mnie szklanym okiem, na wielkim trójnogu, też nie budziła zaufania. Fotograf bankowo nie miał dobrych intencji, bowiem co jakiś czas chował głowę w jakieś czarne szmaty, machał gwałtownie ręką i dało się potem słyszeć metaliczny trzask.

Rodzina Kurkiewiczów; rok 1949, Skarżysko-Kamienna- Autor zdjęcia: Jerzy HakenbergJan Felicjan Kurkiewicz; lato 1949, Skarżysko-Kamienna - Autor zdjęcia: Jerzy HakenbergRodzina Kurkiewiczów; lato 1949r, Skarżysko-Kamienna - Autor zdjęcia: Jerzy Hakenberg

To nie mogło się dobrze skończyć; trzymałem się kurczowo to Taty to Mamy, ale nie za bardzo pomagało. Narastał we mnie strach. Po strachu przyszła złość. Tak właśnie dojrzewa terroryzm. No co on sobie tam myśli, z tym łbem owiniętym czarną szmatą. Już ja mu pokażę. No i pokazałem. Po zakończeniu operacji straszenia mnie tym szklanym okiem, fotograf zwinął ten swój majdan, coś tam pogadał z Rodzicami i wolno podszedł do mojej szacownej osoby. Ja, zachowując cały czas zimną krew, trzymałem się kurczowo swojego wózka (od małego miałem skłonności do czterech kółek), odważnie patrzyłem mu prosto w oczy. Moja determinacja uchwycona jest na środkowej fotce. Zbierałem siły, choć łydki mi cokolwiek drżały. A ten zbliżał się i zbliżał, wielki, sapiący, okropny Gargamel tamtych czasów. I może nic by się nie stało, gdyby ten Gargamel nie wyciągnął swojej wielkiej, owłosionej łapy i nie pogłaskał mnie po mojej szlachetnej główce, coś tam mamrocząc, a i uśmiechnął się przy tym strasznym uśmiechem satyra. Tu nerwy moje nie wytrzymały! Z całych sił (ale trzymając się wózka) kopnąłem tego osobnika w nogę, na wysokości kostki. Jak miło było usłyszeć jego głośny ryk zabarwiony wściekłością... ale co się potem działo, strach się bać. Nawet dzisiaj nie mogę o tym spokojnie pisać, bo to uraża moją godność osobistą. Ale między Bogiem a prawdą, za takie fotki jakie mi zrobił i strach jakiego mi napędził, i za to gwizdo-sapanie - należało mu się to i basta.

Jan Felicjan Kurkiewicz; zima 1949, Skarżysko-Kamienna - Autor zdjęcia: Jerzy HakenbergJan Felicjan Kurkiewicz z ojcem Janem; zima 1949, Skarżysk-Kamienna - Autor zdjęcia: Jerzy Hakenberg

Tylko krowa nie zmienia poglądów, a i to stwierdzenie nie jest zbyt pewne. Minęło kilka miesięcy od epizodu z fotografem i już taki zadowolony z siebie nie byłem. Tym bardziej, że w końcu te fotki co zrobił nie były takie okropne. Wszyscy je wychwalali, i udając wielkich fachowców mówili "doskonały brom", dobrze "wyciągnięte półcienie" i takie tam dziwne rzeczy... Mam je do dzisiaj, czyli przetrwały ponad 55 lat. Gdyby nie rozsądek moich Rodziców, którzy wynajęli fachowca i umiejętności fotografa nie miałbym pojęcia jakim wspaniałym byłem dzieckiem. Na słowo honoru nikt by mi przecież nie uwierzył... Poza tym, już się nie boję tej jednookiej skrzynki, bo tata wszystko mi opowiedział o co w tym chodzi. Tak więc w głębi serca przebaczyłem fotografowi wszystkie jego złe uczynki. To jednak był bardzo dobry fotograf.

Zimą 1949 roku spotkaliśmy się ponownie z fotografem, prawie jak starzy znajomi. On chyba też mi wybaczył, albo nawet w swojej wielkoduszności zwyczajnie  zapomniał. Miałem znowu sesję zdjęciową, tym razem w zimowej scenerii. Ocalały tylko 2 zdjęcia. Nie wyszedłem najlepiej, ale zimno było jak... no bardzo było zimno. Dobrze, że miałem na sobie takie odlotowe futerko z królika, co to mi je mama uszyła, bo bym niechybnie zamarzł na śmierć. Oczywiście tym razem na do widzenia nie kopnąłem fotografa, absolutnie nie. Przecież inteligentni ludzie nie kopią się na pożegnanie...

Wiele lat potem, widywałem często tego fotografa, który mieszkał całkiem niedaleko na Skałce. Znałem także jego syna Jacka Hakenberga. Jacek Hakenberg odszedł od nas 25.06.2006 r w Skarżysku-Kamiennej... Pamiętam też doskonale szlachetne rysy fotografa Jerzego Hakenberga, którego życie i los nie oszczędzał. To co mnie tak przerażało, czyli gwizdo-sapanie było skutkiem przebytej choroby płuc oraz pobytu w hitlerowskim "ośrodku wypoczynkowym" KL Auschwitz... Władza ludowa też Go nie rozpieszczała, ponieważ chorobliwie nie znosiła inteligencji... Incydent z fotografem miał jednak pozostawić ślad w mojej psychice, bowiem jak trochę podrosłem sam stałem się pasjonatem fotografowania, a fotografia stała się jednym z moich ulubionych zajęć. Szkoda tylko, że to ze wszech miar godne polecenia hobby nie stało się nigdy w Polsce popularne, tak jak miało to miejsce w innych krajach...

A czas biegł i biegł... niewiele z tych zdarzeń zapamiętałem, bowiem prawdopodobnie znajdowałem się w stanie podobnym do stanu pomroczności jasnej 1, ciężkiej, ale na szczęście rzadkiej choroby, doświadczającej ludzi wysoko urodzonych. Zapamiętałem jedynie, że skończyłem z namiętnym chorowaniem na obustronne zapalenie płuc (było bardzo niezdrowe) i rozpocząłem testować zapalenie oskrzeli. Doktor Władysław Lewandowski klął zupełnie niewyszukanie na to moje nowe hobby, ale ja tam się nie poddawałem. Niech każdy robi co umie... tak dobrnąłem do wieku tzw. przedszkolnego. Nie za bardzo wiedziałem co to jest ten wiek przedszkolny. Po dogłębnej analizie doszedłem do wniosku, że wiek przedszkolny uprawnia Rodziców (z podpuszczenia dr Władysława)  do umieszczenia mnie w obiekcie o nazwie przedszkole. Udało mi się też podsłuchać, że właśnie niebawem zostanę  skierowany do tego "przedszkola". Już sama nazwa nic dobrego nie wróżyła. Na szczęście, pomiędzy kolejnymi zachorowaniami na zapalenie oskrzeli, zdążyłem poznać paru moich rówieśników mających starsze rodzeństwo, które to już uczęszczało do tego zakładu karnego i jakoś przeżyło, więc po wymianie poglądów doszedłem do wniosku, że nie wymiękam. Co ma być to będzie. Ponieważ doktor Władysław zaczął na mnie testować nowe lekarstwo o nazwie sulfatiazol, o niewyobrażalnie ohydnym smaku, wniosek mógł być tylko jeden. Idę tam...

 

Dom rodzinny

Dom rodzinny przy Staffa 33/6-widok wejścia. Ta brzoza rosła razem ze mną...Zanim jednak udam się do tego zakładu karnego zwanego przedszkolem, postanowiłem opisać swój dom rodzinny i scharakteryzować dzielnicę w której zamieszkałem po moim urodzeniu, jak się potem okazało, na długie lata. Mieszkańcy owej dzielnicy (lub raczej ich potomkowie) prawdopodobnie do dzisiaj nie zdają sobie sprawy z faktu, jak wybitna postać zamieszkiwała w ich bezpośrednim sąsiedztwie. W każdym razie na pamiątkową tablicę z napisem "tu mieszkał i dojrzewał Jan Felicjan Kurkiewicz" raczej się nie doczekam. No cóż, życie jest okrutne dla niektórych... Dzielnica była położona w tzw. Skarżysku Zachodnim i nazywała Kolonia Robotnicza. Nazwa bynajmniej nie pochodziła z okresu dominacji stanu robotniczo-chłopskiego, ale wywodziła się z okresu, o zgrozo, międzywojennego. Mieściła się ona w bezpośrednim sąsiedztwie Fabryki Amunicji (obecne Zakłady Metalowe "Mesko") i w założeniu stanowiła miejsce bytowania robotników, brygadzistów, majstrów i średniej kadry technicznej pracującej w owej fabryce. Tak było oczywiście przed wojną, czyli przed 1939 rokiem. Po wojnie struktura mieszkańców uległa ideowej korekcie... Osiedle wyposażone było w szkołę podstawową, przedszkole, kino, stołówkę. Był ośrodek zdrowia z prosektorium, park i cmentarz. Wszystkie obiekty zbudowane w jednym stylu, charakterystycznym dla obiektów fabryk zbrojeniowych całej przedwojennej Polski. Tak to bowiem kiedyś było, że jak budowano na ten przykład fabrykę, to budowano jednocześnie, a nawet wcześniej, kompleksowo wyposażone osiedla dla załogi. Nie da się tego określić inaczej niż kapitalistyczno-imperialistycznym dziwactwem. Każdy dom składał się z ośmiu mieszkań. Na mieszkanie składała się kuchnia, pokój mieszkalny (lub dwa) spiżarnia i ubikacja. Obok domów stały pojemne pomieszczenia gospodarcze, a w podziemiach domów mieściły się bardzo duże piwnice, zaś nad mieszkaniami królował ogromny strych.

Widok na budynek 33; pięknych drewnianych płotków już nie ma...Dom rodzinny z tabliczką 33; zamieszkiwałem po drugiej stronie budynku...Barak dla budowniczych Fabryki Amunicji-pełni swoją rolę do dzisiaj...

Do każdego mieszkania przynależny był ogródek. Całość była ogrodzona gustownymi płotkami, połączona labiryntem ścieżek, furtek. Bardzo to było romantyczne... i pomyśleć, że taki standard powstał w latach międzywojennych, czyli jakieś 80 lat temu...  Moi Rodzice zamieszkiwali budynek przy ulicy Staffa numer 33 mieszkanie 6. I ja też tam zamieszkałem... Ponieważ, jak wszystkim wiadomo urodziłem pod znakiem Bliźniąt, czyli w czerwcu, dookoła było zielono, kwitły kwiaty, śpiewały zaciekle ptaki... było tajemniczo i spokojnie. Nawet mi się spodobało. Ponieważ  jeden obraz mówi więcej niż tysiąc słów (jak mawiali starożytni Aborygeni) postanowiłem przedstawić moją okolicę zamieszkiwania na kilku fotografiach. Fotki zostały zrobione w 2003 roku.  Niestety, prawie nic nie jest tak jak było, no ale demokracja kosztuje...

Towarzystwo zamieszkujące Kolonię Robotniczą było pierwsza klasa, starannie dobrane przez wytrawnych funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa kierujących się zasadą "wychowania przez pracę" oraz poznających znaczenie słowa "resocjalizacja". I tak obok Głównego Księgowego Zakładów Metalowych mieszkał osobnik po wieloletnich wyrokach, namiętny alkoholik, który przecież doskonale wiedział jak należy takiego zarękawka wychować na prawowitego obywatela PRL.  Obok szefa biura konstrukcyjnego zamieszkiwała rodzina wszechstronnie uzdolniona: panie zajmowały się najstarszym zawodem świata, natomiast panowie eksperymentowali nad oczyszczaniem denaturatu z tego wstrętnego fioletowego zabarwienia. Trzeba przyznać, że cała rodzina wkładała w swoją pracę wiele entuzjazmu według zasady "każdy orze jak może". Nam się trafiło z mieszkaniem nie najgorzej, w sąsiednim budynku mieszkał przecież sam Pan doktor nauk medycznych Władysław Lewandowski, a za bezpośredniego sąsiada mieliśmy kadrowego funkcjonariusza UB, który swój stres wyładowywał pijąc do upadłego. Latał wtedy po okolicy z pistoletem w ręku, a moi Rodzice układali mnie wtedy pod oknem, samo zaś okno zastawiane było siennikiem, ale z oczywistych względów nie chcę tego tematu rozwijać :-) Dodam tylko, że pewnego dnia sąsiad napił się zbyt mocno i zmarło biedaczysko, co z pewnością spowodowało wzrost przestępczości i upadek moralności socjalistycznej w naszym sielankowym osiedlu.

Były to czasy utrwalania władzy ludowej i nocami często dało się słyszeć serie z pistoletów maszynowych, pojedyncze strzały z karabinów, a i odgłos wybuchającego granatu nie był znowu takim rzadkim zjawiskiem. Czasami na niebie pojawiała się łuna pożaru. Utrwalanie szło bowiem opornie,  społeczeństwo po wojnie było jakieś takie  i ciągle o coś miało do władzy pretensje. Niewątpliwie było to na  skutek ulegania propagandzie kapitalistycznej, która była głoszona przez Radio Wolna Europa i BBC. Głos Ameryki też maczał w tym palce. Sama władza robotniczo-chłopska nie mieszkała na Kolonii Robotniczej (sąsiad z UB to wyjątek), ale zamieszkiwała w enklawie o nazwie Kolonia Urzędnicza. Ale o tym będzie w innym miejscu...

Obok budynków Kolonii Robotniczej stały w trzech szeregach baraki pozostałe w spadku po budowniczych Fabryki Amunicji i mojego osiedla. Jeden z nich przedstawia fotografia. Były bez bieżącej wody i kanalizacji. Tam też mieszkał establishment owych czasów. Prawdziwa śmietanka towarzyska, sól ziemi czarnej, bez których życie na tym padole byłoby nieznośnie nudne. Niektóre baraki zachowały się do dzisiejszych czasów i są nadal zamieszkiwane, co świadczy o głębokości zmian ustrojowych jakie przeszły przez nasz kraj przez te moje 59 lat życia...

Dalej »

 

---------

Przypis redakcji Kurkiewicz Family:

1. Pomroczność  jasna - choroba psychiczna, która występuje jedynie w Polsce i charakteryzuje się:

  • jazdą samochodem po pijanemu;
  • posiadaniem ojca-prezydenta;
  • uniewinnieniem w sądzie w razie wypadku.

Przy założeniu, że Polaków jest 40 mln., na pomroczność jasną choruje dokładnie 0,000000025% z nich.

---------

 

Dalej »

Design by: Izabela Kurkiewicz

Copyright (c) 2006 - 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone.